Szczerze? Czułam się jak trup. Było może parę minut po tym jak nadszedł świt. Nie miałam dzisiaj ochoty ani się uśmiechnąć ani się zaśmiać co najwyżej skoczyć z czegoś i się zabić. Czyli dokładnie jest śliczne niebo bez ani jednej chmurki a ja zamiast się cieszyć jestem jeszcze bardziej przygnębiona. Super. Czyż nie? Usiadłam na ziemi i po prostu zaczęłam patrzeć przed siebie.
-You shout it loud. But I can't hear a word you say. I'm talking loud, not saying much. I'm criticized. But all your bullets ricochet. You shoot me down. But I get up.-zaczęłam śpiewać i nagle coś poruszyło się na moimi plecami. Zobaczyłam śnieżno białą sierść. Zerwałam się na równe łapy i najeżyłam się. Nikt nie powinien słyszeć jak śpiewam. Nikt oprócz mnie samej. Wilczyca wyszła zza krzaków a ja bez skrupułów się na nią rzuciłam.
- Co słyszałaś? -spytałam warcząc. Wadera zlękła się mnie i odpowiedziała że nic. Zeszłam z niej i zaczęłam krążyć. Rzucałam jej spojrzenia godne zabójcy lecz po chwili złagodniałam i padłam na ziemię zakrywając swój pysk łapami. Zaczęłam po prostu łkać. -Przepraszam... Ja po prostu...Proszę nie mów nikomu że słyszałaś że śpiewałam. Okay?
- Nic nie powiem. Wszystko ok? -spytała i stanęła nad mną. Jej ślepia wpatrywały się na mnie z czymś czego nie potrafiłam stwierdzić. Tak dawno nikt tak na mnie nie patrzył.
- A widzisz że jest ok? Nie nie jest -warknęłam i znów zaniosłam się szlochem. - I proszę o tym też nie wspominaj. Nie chcę by ktoś uważał mnie za delikatnusią panienkę. A teraz zostaw mnie w spokoju. Chcę pomyśleć sama. Proszę idź...
- Dobrze -powiedziała i odsunęła się -Lecz jeśli będziesz chciała no nie wiem...pogadać. To wiesz możesz na mnie liczyć bo widzę że masz początek depresji. Ja zawsze pomogę...Wiesz możesz się wyżalić. Nie puszczę pary z gęby. Obiecuję.
Odbiegła. Podniosłam łeb. Poczułam jak drgają mi kąciki ust. To było takie...miłe i dziwne. Ja bym nigdy nie postąpiła tak. Przecież ja się na nią rzuciłam a ta chciała mi jeszcze pomóc. Dziwny ten świat jak żaden inny. Ale przecież tam gdzie kiedyś mieszkałam każdy by mi pomógł no może prócz ognistych. Wzięłam kilka wdechów. Wiedziałam co poprawi mi humor. Polowanie! Zaczęłam biec ile tylko starczyło mi sił. Mój nos często znajdował się przy ziemi. Wąchałam i w końcu wyczułam sarnę. Podniosłam łeb i biegłam dalej. Chodź łapy zamieniły się w pochodnie a płucach traciłam pomału dech nie przestałam biec aż w końcu znalazłam mój cel. Oddychałam głęboko. To dopiero początek. Pomału niczym lew zaczęłam się skradać do mojej zwierzyny. Rzuciłam się na nią. Wbijając szczękę w tylną nogę. Sarna padła tracąc grunt pod kopytami. Podeszłam szybko do niej i złapałam ją za grdykę. Chapnęłam tylko raz a sarna padła trupem. Nagle usłyszałam szelest. Byłam łowczynią i miałam polować dla watahy jednak ta sarna była moja i chciałam o nią walczyć. Byłam zbyt głodna. Szelest ucichł. Wróciłam i zaczęłam ją konsumować. Świerza krew ściekała mi po pysku. I wtedy zobaczyłam wilka. Westchnęłam jednak nie chciało mi się bronić zdobyczy. Wilcze ślepia wpatrywały się we mnie. Posunęłam się czasami byłam naprawdę miła. Uważam że to biała wilczyca mi to zrobiła!
<Ktosiu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz